niedziela, 20 lipca 2025

Hit i cień tego, czym był

W życiu nieustannie dochodzi do kumulacji. Jak jest dobrze, to w każdej życia dziedzinie. Jak się wali, to też wszędzie wszystko naraz. 
Niemal w jednej i tej samej chwili pojawiły się dwie nowe osoby, które od razu, szturmem zajęły najważniejsze miejsca w moim życiu. Były niczym radiowy hit, który od momentu debiutu szybko tylko zyskuje na popularności, aż w końcu wskakuje na pierwsze miejsce listy przebojów. Wyżej już nie można! Hit pozostaje jednak hitem 
– raz na zawsze, a u ludzi bywa różnie – też tak to działa lub nie działa. 
Na początku jest tylko coraz lepiej, zatem z czasem nabieram pewności, że to nowe filary, na których zawsze będę mógł się oprzeć. Chociaż jest miło, naprawdę bardzo blisko, intymnie, i trwa to nawet przez jakiś dłuższy czas, to jednak kończy się tak samo nagle i szybko, jak się rozpoczęło. Zaczyna się od trudności umówienia się na spotkanie. Zamiast propozycji i terminu, pojawia się długa lista zajętości. Wyraźnie czuję jak walę w mur, od którego się odbijam. Nie jestem w stanie pokonać jakichś dziwnych niechęci, których kompletnie nie rozumiem. A przecież ostatecznie w każdym z tych przypadków nie pojawia się ktoś nowy, lepszy, ktoś bardziej. Nikt nikogo nie zastępuje, wszyscy zostają sami, niezwykle dumni z tego faktu, tak jakby opcja pójścia z kimś bliskim na kompromis miała być największą życiową porażką, katastrofą. 
Teraz czuję się jeszcze bardziej sam niż byłem wcześniej, ponieważ wtedy tej samotności w ogóle nie odczuwałem. Wszystko było tak, jak być powinno, niczego i nikogo nie brakowało, a teraz brakuje wszystkiego, co było dobre, a najbardziej wspólnie spędzanego czasu. Po bogactwie obfitości pozostała przerażająca cisza i pustka. Bo to nie jest ten przypadek, gdy ludzie umierają, ale taki, w którym odchodzą i żyją już poza moim życiem, zupełnie tak, jakbym nigdy wcześniej nie istniał. Żeby chociaż doszło do jakiejś kłótni albo jakichś poważnych nieporozumień. Ale nie, nie doszło. Zbliżyłem się za mocno i – niczym szczyt na radiowej liście przebojów – zostałem zdobyty, a skoro wyżej już nie można, to zaczęło się spadanie. I chociaż po tym drastycznym spadku mam jeszcze jakiś realny kontakt, to przypomina on raczej relacje z w zasadzie obojętnymi sobie ludźmi. Przykro na to patrzeć i tego doświadczać, dlatego nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Wiem, widzę to i czuję, że już nie pomoże żadna rozmowa, jakiekolwiek czegokolwiek wyjaśnianie. Mogę to zrobić, mogę pogadać, ale po takiej rozmowie, która pewnie będzie pełna zrozumienia i otwartości, może nawet deklaracji na przyszłość, znów spotkam się z działaniem jakże innym od zadeklarowanych słów. Wtedy zacznie jeszcze bardziej boleć i jeszcze większe będzie moje rozczarowanie. Wpadnę w otchłań pustki, którą trudno będzie czymkolwiek wypełnić. A im bardziej będę próbował cokolwiek zrobić i zbliżać się tam, gdzie mnie nie chcą, tym bardziej i boleśniej będę obrywał. To wszystko tylko wydłuży czas lizania ran po starcie tego, co było naprawdę najważniejsze. Zatem tkwię i muszę tkwić w nicości, patrząc tylko biernie na cień tego, co uważałem za prawdziwą przyjaźń i miłość. 

wtorek, 15 lipca 2025

Im dalej w las...

Im dalej w las, tym więcej drzew i tylko coraz gęściej i ciemniej, aż w końcu zaczynam się w tym gubić. To nie mój las, który znam i po którym lubię spacerować. To nie moja materia, w której lubię przebywać, ale jakimś zrządzeniem losu znalazłem się tu, jestem i muszę być. To nie wybór, ale tak właśnie wyszło i jest. W którymś momencie już sam nie wiem co widzę, słyszę, czuję, co wiem, a czego nie. Gdzie ja jestem i dokąd mam iść? Jak pokonać obcy las pełen różnych zarośli i drzew, by kompletnie nie pogubić się, nie zostać pokonanym, nie polec jakoś, gdzieś? Jak przez to przejść? Zastanawiam się, tym bardziej, że po drodze, dość niespodziewanie, zamiast jakichś drogowskazów i ułatwień, ginie – nie wiadomo kiedy i gdzie – ścieżka, którą kroczyłem. I nic tu po wiedzy, że raz przetarte szlaki zawsze gdzieś prowadzą. Teraz brnę w ciemno, w nieznane, jakże często w życiu, i bez względu na to, jak długo brnę, ciągle nie wiem jak właściwie i poprawnie iść. Niby czegoś tam się uczę, ale i tak nic nie wiem. Może powinienem się wycofać i wrócić? Tylko czy w ogóle możliwy jest powrót do punktu wyjścia, czyli wejścia w las? Przecież jeśli coś się stało, to już się nie odstanie. Improwizuję i nie mam pojęcia do czego to doprowadzi i jak się skończy. A ponieważ to moja własna droga przez las niewiadomych, nikt mi nie powie dokąd zmierzam i ostatecznie gdzie zajdę. Czy sam to wiem? Nawet jeśli niczego nie chcę, nie rozumiem i stoję w miejscu, to i tak – w tym staniu jednak dokądś podążam. Wszystko wokół mnie, choć wydaje się stabilne i stateczne, ciągle się kręci, jest w ruchu, zmienia się. 
Czy osiągnę jakiś cel, a może szczyt? Jeśli szczyt, to lepiej nie ten głupoty. Niech sama droga, w której nieustannie jestem, prowadzi i będzie celem. Niech będzie tylko lepiej i fajniej, a nie coraz bardziej mrocznie i nieprzewidywalnie, niebezpiecznie. Po zawiłych ścieżkach prowadzących przez las, niech w końcu pojawi się droga jasna, prosta i klarowna, pełna słońca i przewidywalna, będąca już samym celem, a nie tylko i wyłącznie nieustannie do niego prowadząca. 

czwartek, 10 lipca 2025

Depresja czy lenistwo?

Każdego dnia poddajesz się nicnierobieniu i wmawiasz sobie, że to przecież dlatego, bo jesteś zmęczony. Po prostu słaniasz się na nogach i dlatego musisz się położyć. A najlepszą wersją tej czynności będzie ta przed koniecznie włączonym telewizorem, gdzie coś tam leci, i w zasadzie obojętnie co. Niech leci. Z pewnością cię ogłupi i sprawi, że patrzeć będziesz bez końca i umiaru. Czy o to ci chodzi? Nie, bo zawalasz sprawy, te swoje ważne sprawy, które zarówno mogą, jak  i nie mogą poczekać. Ciągle tkwisz w różnego rodzaju ekranouzależnieniach. I sam już nie wiesz, czy włączasz telewizor, aby cię obezwładnił i ogłupił, nawet tymi najmądrzejszymi programami i filmami, czy też jesteś tak obezwładniony i ogłupiony, że tylko telewizja może ci pomóc. Na pewno odciągnie cię od jakiejkolwiek pracy i myślenia na jakieś konkretne tematy. I może o to w tym wszystkim chodzi?
A w domu piętrzą się rzeczy do zrobienia. Wszystko ciągle czeka na bliżej nieokreślone jutro. Pranie? Może wstawię, a potem, już suche, może zdejmę później, jakoś tak zaraz, może jutro. Nie chce ci się.
Myślisz sobie, że pewnie to depresja. Masz jakiś taki płaczliwy nastrój. Melancholie, sentymenty...? Czym to wszystko jest? A gdy jechałeś dziś do pracy to w radiu leciał taki fajny kawałek, piosenka, jedna z tych, która mniej lub bardziej, ale zawsze cię wzrusza. O czymś przypomina i sprawia, że czujesz wyraźnie i wyraźniej, że coś straciłeś, o ile w ogóle to coś kiedykolwiek miałeś. Może straciłeś złudzenia i żal ci tego okrutnie? Płyną ci łzy po policzkach, ale zanim dojedziesz na miejsce, na pewno się ogarniesz, pozbierasz i nikt się w niczym nie zorientuje. Może nawet nie ma komu i w czym się orientować, bo dziś dla wielu ludzi najdalej widocznym punktem jest czubek własnego, zadartego do góry nosa.
Tak ci ciężko na sercu i w ogóle, w głowie. Jesteś też ociążały fizycznie. Na nic nie masz siły. Wydaje ci się, że jedyne co dostajesz, to cios za ciosem od mniej lub bardziej świadomych ciosowania ciebie ludzi, których masz wokół. Wiesz, że to minie, ale na razie nie mija i uporczywie trwa, zbyt długo. 
Nie masz kondycji i najmniejszej ochoty, by ją zdobyć, by wziąć się za siebie, ruszyć z miejsca. Nie masz siły na jakikolwiek wysiłek, a przecież żyjesz, a na to dopiero potrzeba energii. Jakoś ją jednak z siebie wykrzesasz, chociaż tak naprawdę czujesz, że jesteś jakiś przytłoczony, jakbyś na swych barkach dźwigał wielki ciężar. A przecież łykasz leki na uspokojenie, jednak sam nie wiesz czego. Nerwów? Przecież w zasadzie nie jesteś nerwowy. Może jakiegoś takiego niepokoju, który jest w tobie za dnia i w nocy. Cały jesteś bez mocy, obijasz się i potykasz, coś gubisz, zawieruszasz, jakieś rzeczy wypadają ci z rąk. Ciężko ci z tym, ale nie walczysz, poddajesz się, wycofujesz z wszystkich możliwych aktywności, z wszystkiego, z czego się tylko da. Z łatwością siebie przed sobą tłumaczysz i usprawiedliwiasz. No przecież masz rację. Kto, jeśli nie ty? Robisz wyłącznie to, co musisz i myślisz sobie też, że to wszystko, całe to zmęczenie, to przecież może być już starość. Co? Może za wcześnie? Może, a może nie? Zatem, choć wiesz, że to ci może zaszkodzić, ruchy redukujesz do minimum. Jednak codziennie musisz przecież coś zrobić, zatem jednak robisz. I tylko co jakiś czas naprawdę zastanawiasz się, czy to wszystko, to nie jest jakaś poważna sprawa, może depresja, a może jednak jedynie zwykłe lenistwo. 

sobota, 5 lipca 2025

Naprzeciw

Nie jestem pewien, czy tego mnie nauczono, ale jakoś tak wyszło, że najczęściej wychodzę ludziom naprzeciw. Uprzedzam ich ruchy, by było im łatwiej, prościej, wygodniej, szybciej, przyjemniej, by widzieli moje zaangażowanie. Chcę płynąć z wiatrem i z nikim się nie siłować. Ma być miło, chociaż nie zawsze tylko i wyłącznie dla mnie. Chyba po prostu lubię wychodzenie naprzeciw innym ludziom. Sprawia mi to przyjemność i jest dla mnie naturalne, normalne. Tym samym sobie i innym przynoszę takie małe zadowolenia. I choć wydaje się, że tych wszystkich drobnych czynności zupełnie nikt nie dostrzega, to jednak wiem na pewno, że są zauważalne.   
Staram się umieć współpracować ze wszystkimi, chociaż ta relacja nie zawsze jest zwrotna, a bywa wręcz przewrotna, gdy tłumaczyć komuś trzeba, że nie musi mnie kochać, ani nawet lubić, by mnie szanować jako człowieka, dobrze współpracować i wspólnie realizować różne zadania. Zdarza się też, że lubię kogoś, kogo nikt nie lubi. Z różnymi ludźmi robię takie rzeczy, których – jak się potem okazuje – nikt z nimi nigdy nie robił lub oni z nikim nie robili. Odkrywają siebie i poznają nowe możliwości i bywa też, że są pełni autentycznej wdzięczności.
Czasami, niczym anioł, we właściwym miejscu spadam prosto z nieba. Pojawiam się tam, gdzie jestem potrzebny i gdzie coś mogę zdziałać, pomóc, choćby tylko coś wytłumaczyć, pokazać, powiedzieć. Zdarza się też, że otwieram przestrzenie wcześniej niedostępne dla innych. A potem ludzie w tych otwartych już przestrzeniach wędrują dalej samodzielnie, ośmieleni i dumni z siebie. Czasami też ze mną, ale najczęściej już beze mnie, jednak bez lęku, który zwykle towarzyszy wszystkiemu co nowe, nieznane i niepewne. Widziałem ich radość i zadowolenie. Nieraz też dane mi było usłyszeć słowa wdzięczności, proste, miłe: Dziękuję.
Zastanawiałem się po co mi to naprzeciw wychodzenie, i jak dotąd nie znalazłem żadnej odpowiedzi. Ja tak mam, i tyle. Może chcę spełniać oczekiwania ludzi? Może? Najczęściej jest jednak tak, że pojawiam się w miejscu, gdzie oczekiwań nikt raczej nie ma, a już szczególnie w stosunku do mnie. Jestem tu gdzie trzeba i to jest zaskoczeniem dla mnie i dla innych ludzi. Czy zatem chcę zostać zauważonym, zapaść w pamięć i tam zostać, może na dłużej, a jeśli nie, to choćby przez chwilę? Być nie przecinkiem lub kropką, ale wykrzyknikiem?
Zdarza się też, że z tym wychodzeniem naprzeciw czasami mam kłopot, bo nie wszyscy ludzie są gotowi na spotkanie z drugim człowiekiem. Nie okazują żadnej wdzięczności, uważając chyba, że wszystko po prostu im się należy. A tak przecież nie jest. Bywa też, że – szczególnie na koniec – jestem częstowany kopem w tylną część ciała. I tyle z tego mam. I wtedy sobie tak oto myślę: To nieprawda, że jeśli będę dobry, to zostanie to zauważone i adekwatnie nagrodzone. Nic takiego się nie dzieje. O zaszczyty i nagrody trzeba walczyć i się o nie upominać. Trzeba konfrontować się z innymi, no i dużo mówić, niekoniecznie robić. A ja wolę robić, w ciszy, spokoju, i nie lubię konfrontacji, co nie oznacza, że do niej nie dochodzi. 
Na początku naprzeciw jest zawsze nieprzewidywalny i obcy człowiek, który z czasem – co rzadkie – może sam się oswoi lub – co częstsze – da się oswoić. Może też pozostać dziki lub nawet zdziczeć jeszcze bardziej. W końcu jest przecież tak, że w oswojonym dzikusie pozostaje to, co było pierwotne, i może się obudzić w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy to lepiej nie być naprzeciw ani nigdzie indziej w pobliżu.

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Liczenie

Umiesz liczyć, to licz na siebie. To powiedzenie każdy słyszał, ale przecież trzeba też pamiętać, że w sprawach liczenia dość często musimy też polegać na innych ludziach, wierząc w ich uczciwość, a tym samym kompetencje i profesjonalizm. Najczęściej w wielu różnych miejscach liczą za nas różnego rodzaju maszyny, a my tylko zatwierdzamy to, co wyliczyły i zwykle na koniec tylko płacimy. I choć zdarzają się błędy, to jednak najczęściej wynikają one z niedopatrzenia człowieka, jakiejś pomyłki czy przeoczenia. Błędy zauważone, powinny zostać skorygowane i poprawione. Nie można tego bagatelizować. 
A co z głosami w wyborach, które zostały źle policzone, niepoprawnie przełożone z jednej kupki na drugą lub źle zakwalifikowane, na korzyść jednego z kandydatów i niekorzyść drugiego? Czy to tylko kilka niewiele znaczących i ostatecznie niczego nie zmieniających zwykłych ludzkich pomyłek, przeoczeń, wynik zmęczenia zbyt długą i nudną pracą w komisji wyborczej? Czy może jednak chodzi o działanie celowe i zamierzone, depczące demokrację i wszelkie jej zasady, noszące znamiona przestępstwa, bo w takim wymiarze to już nie jest niewinna, naiwna zabawa w przedszkolu? 
Skąd się wzięli ci wszyscy pomyłkowicze? Czy te wszystkie błędy to wynik ich oddolnego, samodzielnego, nieskoordynowanego, mniej lub bardziej przypadkowego działania, czy też może wynik centralnego sterowania, wytycznych i wskazówek, według których postępowali, co ostatecznie miało doprowadzić do tego, co otrzymaliśmy? 
Co jeśli okaże się, że to całe liczenie było jednym wielkim przekrętem sprytnie zmontowanym na potrzeby tych, którzy za wszelką cenę, bez względu na wszystko i wszystkich, nawet uczciwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, postanowili, że muszą wygrać i wygrają? 
Zasada jest lub powinna być jedna. Jeśli zdarzył się chociaż jeden błąd, to znaczy, że tych błędów mogło być więcej i jeszcze raz od nowa trzeba wszystko sprawdzić i policzyć. Tylko jak to teraz zrobić, by wszystko dla wszystkich było wiarygodne, niepodważalne i naprawdę uczciwe? Co jeśli okaże się, że suma drobnych błędów powielonych wielokrotnie miała znaczenie? Co jeśli ponowne przeliczenie głosów przyniesie nowe wyniki, inne od tych, które teraz mamy i znamy? 

środa, 25 czerwca 2025

Krzyk

Jest we mnie krzyk. Słyszę go bardzo głośno, choć jest bezdźwięczny. Przepełnia całe moje ciało, jest wszędzie, w każdej, nawet najdrobniejszej części. Wprawia mnie w wewnętrzne drżenie. Krzyku nikt nie słyszy, nikt go też w żaden sposób nie zauważa, zatem wygląda na to, że wszystko jest w porządku, krzyk nikomu nie przeszkadza i nikomu nie zagraża. Nikomu, poza mną, bo to nic dobrego, gdy zamiast radości i spokoju, wszystko we mnie krzyczy. Co się dzieje? Czy to krzyk rozpaczy, bezradności, porażki, przegranej? Czy krzyczy we mnie coś, co wcale nie chce, ale co musi zostać i z pewnością zostanie złamane?
Jak krzyk i chaos zamienić w ciszę i porządek albo w konstruktywne działanie? Jak się nie poddać i przeć do przodu, skoro czuję, że ten krzyk jest jak kula u nogi, która będąc ciężarem, spowalnia ruchy i nierozerwalnie ciągnie się za mną? Jestem jak ptak z podciętymi skrzydłami. Nie mogę się oderwać od ziemi, realiów, rzeczywistości i odlecieć w krainę szczęśliwości. Jestem sam w oceanie bezkresnej wody. Nie tonę, jakoś tam płynę, ale nie widzę możliwości wyjścia z tej sytuacji. 
A może po prostu trzeba się wykrzyczeć, wyrzucić z siebie wszystko? Tylko czym jest to wszystko? Czy to jakiś wewnętrzny gniew, bunt, rozczarowanie, niezgoda na to, co zastane i spotkane, co się już stało, dzieje lub stanie? Czy wszystkie te rzeczy razem lub każda osobno męczą i nie dają spokoju? Czy powinienem krzyczeć na siebie samego, czy może na cały świat, który źle, niewłaściwie się ze mną obchodzi? Czy pomoże wykrzyczenie wszystkiego, czy też raczej jeszcze bardziej pobudzi wewnętrzne wibracje i poruszy cały układ nerwowy? 
Kiedy krzyk, ten we mnie, przestanie krzyczeć? Kto lub co, jak i kiedy go wyłączy albo chociaż, jak najszybciej w jakiś sposób wyciszy, zagłuszy, rozproszy? 
Krzyk nikomu do niczego nie jest potrzebny, męczy, obezwładnia, sprawia ból i przynosi cierpienie, dlatego nie chcę krzyczeć zarówno wewnątrz siebie, jak i na zewnątrz. Nie chcę mieć jakichkolwiek powodów do krzyku, no chyba że ze szczęścia i z radości! 

piątek, 20 czerwca 2025

Post factum

Wcale nie jestem takim mądralą, jakim mogę się wydawać lub jakim bym chciał być. To, co właściwie powinienem powiedzieć i zrobić, najczęściej do mnie przychodzi, ale nie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebne, tu i teraz, ale post factum, czyli po fakcie, gdy zostaję sam i mam czas na to, by na spokojnie wszystko przemyśleć. Wolny przepływ myśli czasami uruchamia takie pokłady mądrości, których nawet nie jestem świadomy. Wtedy to doskonałe i najlepsze rozwiązania przychodzą od tak, po prostu, bez żadnego wysiłku i napinania. Ale czasu nie można już cofnąć i dzieją się rzeczy, które są wynikiem mego nie tyle nieprzygotowania, ile jakiejś takiej wewnętrznej blokady, zacięcia się w sobie, jakby stresu sytuacyjnego. To coś jak na egzaminie, gdy wiem, że umiem odpowiedzieć na zadane pytanie, ale z jakichś powodów jednak nie mam dostępu do tej wiedzy, albo nie umiem tego właściwie wyartykułować. Plączę się i wyglądam na nieprzygotowanego. Wychodzi na to, że nie panuję nad sobą i tym samym nie tyle czegoś nie umiem lub nie wiem, ile raczej nie spełniam wymogów, na przykład egzaminacyjnych. Stres doprowadza do napięcia i blokuje swobodny przepływ myśli, zabiera mowę. Niejednokrotnie rozmówca potrafi mnie zaskoczyć, czym wytrąca mnie z wewnętrznej mobilizacji i równowagi, co z kolei wyłącza możliwość mojej najlepszej obrony siebie. Ale potem, już po wszystkim, siedzę sobie spokojny i myślę co i jak bym mógł wtedy powiedzieć i zrobić. Jestem taki mądry, że aż pełen podziwu dla siebie. Szkoda tylko, że ta mądrość jest post factum i że w przeszłości już mi nie pomoże. Jest jednak szansa, że może przyda się tu i teraz lub później, kiedyś indziej. Tylko czy wtedy będę o tym wszystkim jeszcze pamiętał?

niedziela, 15 czerwca 2025

Upartość

Upartość to trudna cecha charakteru. Uparciuch, jak się na czymś zatnie, czyli uprze, to będzie w to brnąć nawet wówczas, gdy upartość najbardziej jemu będzie przeszkadzać i szkodzić. Taka to już natura uparciucha. Ponieważ wcześniej lub później, ale jednak refleksja przychodzi, ocknie się, gdy już będzie za późno i gdy nie da się odwrócić tego, do czego doprowadziła upartość.
Ale trzeba wiedzieć, że uparciuch nie za bardzo ma wybór. Jego upartość ma być karą dla innych, ale tak naprawdę najbardziej jest karą dla niego. I nawet gdy cierpi, nie umie, a czasami nie chce odpuścić, więc zapętla się na użalaniu nad sobą. A pomoc nie nadchodzi, tymczasem użalanie może być przez otoczenie kompletnie niezrozumiałe. Tutaj trzeba tylko pojąć, że wystarczy odpuścić upór i wszystko się ułoży. Ale nie, hamulec jest włączony i nie pozwala na ruszenie z miejsca. Upór nie maleje, lecz tylko coraz bardziej narasta. Może nawet osiągnąć wyższy poziom, czyli zacietrzewienie.
W końcu jednak przychodzi zmęczenie materiału, ale ponieważ wszystko to zwykle dość długo trwa, dlatego na ogół nie ma już do czego wracać. Może w ogóle nie było o co i po co walczyć, może można było się dogadać? Ależ nie, oczywiście że nie! Nie, nie, nie! W życiu!
Tak oto, tocząc wewnętrzną walkę z samym sobą, upartość zwycięża i zbiera nikomu niepotrzebne żniwo. Trudno i przykro, a przecież było miło. 

wtorek, 10 czerwca 2025

Życie w wygodzie

Miałem żyć tak, aby nikt nigdy przeze mnie nie płakał. I chociaż z pewnością nie do końca i z wszystkimi mi się to udało, to jednak, bardzo się starając, napotkałem na ludzi, przez których ja płakałem. Tym ludziom pewnie nikt niczego nie wpajał do głowy lub nie wzięli sobie do serca tego liczenia się z bliźnim i dbania o jego interesy, często nawet kosztem swoich spraw. Nie wiem tylko, jak to się stało. Przecież większość ludzi w Polsce została wychowana w wierze katolickiej i takie rzeczy raczej powinni sobie przyswoić. Ale wiadomo jak to jest, teoretycznie można coś wiedzieć, ale w praktyce w ogóle tego nie znać i nie stosować.
Dla wygody innych, którzy nawet nie zauważali i nie doceniali mego poświęcenia, cierpiałem niewygody. Właśnie tak często robią rodzice wobec dzieci, a jak to wygląda u dorosłych, znających się nawzajem, jak też całkiem obcych sobie ludzi? Bywa różnie, już nawet z samymi rodzicami, którzy przecież potrafią nie przejmować się własnymi dziećmi i ich potrzebami.
Dla tych, przez których płakałem, z pewnością nie znaczyłem tyle, ile oni dla mnie znaczyli. Z cudzymi łzami ci ludzie nie umieli lub nie chcieli sobie poradzić, zatem nie traktowali sprawy jak własnej. To po prostu nie był ich problem. Tylko czy aby na pewno? Z pewnością nie zdawali sobie tego typu pytań. Bo i po co? Kosztem innych, żyli w wygodzie, nic nawet o tym nie wiedząc. 

czwartek, 5 czerwca 2025

No to wybrali(śmy)

Dumny naród w środku Europy wybrał swego prezydenta. To o nas – Polakach, i o naszym wyborze, który w pierwszej turze był na tyle bogaty, że pewnie nie jedna osoba patrząc na kartę wyborczą, dziwiła się i zadawała sobie pytanie: Czy to aby na pewno jest ta karta do głosowania? Wszystkich zaskoczyły wyniki, zwłaszcza pozycje numer 3 i 4. Czy to aby na pewno na tych ludzi chciano głosować i zagłosowano? To dziwne, sądząc choćby tylko po tym, co głosili ci ludzie i jak się zachowywali. Wyborcom, czyli tym, którzy głosowali na tych kandydatów, to nie przeszkadzało. A może to był jakiś swoisty bunt, hucpa, jakieś jaja? A co by było, gdyby wszyscy, w ramach żartu i zmęczenia polityką dwóch największych partii od lat siłujących się ze sobą, tak zagłosowali i do drugiej tury przeszliby tylko nacjonaliści? Kogo byśmy wtedy wybrali?
Głosowanie na NIE, co widoczne jest najbardziej podczas wyborów prezydenckich, stało się jakąś naszą polską specjalnością. Zamiast oddać swój głos od razu na właściwą osobę, szukamy jakiegoś jakby zastępcy wszystkich funkcjonujących w danym czasie politycznych układów i w ramach jakiegoś tam sprzeciwu, a może też i gniewu, próbujemy układ rozsadzić od środka. Zapominamy jednak, że sami też tkwimy w tym środku i że taką zabawą w wysadzanie to możemy zaszkodzić przede wszystkim sobie, bo przecież nikt inny, tylko my sami poniesiemy konsekwencje naszych wyborów, zemsty na politykach czy też gniewu.
1 czerwca 2025 roku na prezydenta Polski wybraliśmy człowieka, którego wybrać po prostu nie mogliśmy, chociażby z powodu jego szemranej przeszłości, dziwnych zachowań, nadużyć i zmieniającym się sposobie opowiadania o nich. Prawda jest jedna, a kłamstw wiele, a my niemożliwe uczyniliśmy możliwym, ignorując też teraźniejszość wybranego kandydata, zarówno to, co mówił, jak i to, co robił (używki podczas debaty). Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wygrałby ktokolwiek, kto tylko byłby namaszczony przez tę konkretną konserwatywną partię powszechnie szerzącą strach, z kłamstwa czyniącą prawdę, a z prawdy kłamstwo.
Jeśli przegrywa człowiek znany od wielu lat, przewidywalny, praworządny i uczciwy, a zwycięzcą zostaje facet, który niczym królik wyjęty zostaje przez magika z kapelusza, nieprzewidywalny, nieuczciwy, mijający się z prawdą i nieustannie zmieniający tłumaczenie samego siebie, swego zachowania i swych wypowiedzi, i nikomu w niczym to nie przeszkadza, to ja się pytam: Co to ma być? Jakieś jaja? Zbiorowy wygłup? Zabawa? Żart? 
Otto von Bismarck – kanclerz Niemiec w XIX wieku powiedział: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. To daje do myślenia, tym bardziej dlatego, że wciąż jest aktualne.