Jeśli nie chcesz, to nie mów, będzie bez może nawet i
zbędnego gadania, byle tylko nie wyszedł z tego jakiś niedobry, niestrawny
pasztet i nie doszło do nieporozumienia, aby nie nastąpiły jakieś nietrafne,
mocno chybione domysły, czyli autodopowiedzenia. Po co się silić na jakieś
domysły, jeśli można się dopytać i dogadać? Po co te kombinacje, studiowanie
potencjalnych możliwości, wariantów, opcji, które i tak się nie wydarzą? Musimy
się porozumieć, bo jeśli nie, to przyjdzie nam ze sobą walczyć, choćby słownie,
tocząc bezsensowne potyczki – jedna za drugą. Niepotrzebnie... I bez
rozstrzygnięcia, i wygranej którejkolwiek ze stron. Wszyscy będą przegrani.
W
niczym nie pomogą autodopowiedzenia – twoje na mój i moje na twój temat – jeśli
nie będziemy dogadani, nie będziemy wiedzieć. Autodopowiedzenia wyprowadzą na
manowce, bez jakiegokolwiek zrozumienia.
Oczywiście poza tym, by zamiast domysłów i prób samodzielnego jakoby rozumienia rzeczy niezrozumiałych u innych ludzi, należy też pamiętać o tym, że nie zawsze wszystko warto ustalać i dogadać, bo to może zabić spontaniczność.
Można?
OdpowiedzUsuńWiesz, co mnie wkurza i co się w tobie nie zmienia mimo upływu czasu? Że ty traktujesz życie jak walkę. Jak nieustanną rywalizację. A życie to dialog.
OdpowiedzUsuńZawsze uprzedzasz swoją swoich wiernych czytelników o zmianach w postach. A o usunięciu zdania „ mógłbym Cię kochać czytelników nie uprzedziłeś, więc się pierdol, tchórzliwy hipokryto. Jak tę treść przywrócisz, to się zastanowię. Uparty chuj hipokryta.
OdpowiedzUsuńNie cierpię zakłamanych ludzi. I fakt. Wierność jest kiepska niezbędna, by czytać te gnioty.
OdpowiedzUsuńPo co? Bo piszesz na blogu, zamiast rozmawiać, kretynie.
OdpowiedzUsuńA poprawnie pisze się „chybione” przez ch. Masz kutwa szczęście, że kupiłam sobie pół litra nalewki, bo żaden wierny czytelnik w życiu na trzeźwo nie napisałby ci w komentarzu, żeś palant.
OdpowiedzUsuńDziękuję za znalezienie błędu, który poprawiłem.
UsuńPowieść tworzysz? A własne życie już dupku stworzyłeś?
OdpowiedzUsuńPrzez kilka lat ukrywałeś komentarze, które nie pasowały ci do twojego wypielęgnowanego wizerunku. I nagle, kiedy ci się to otwarcie wygarnia, to je wszystkie odkrywasz i stwierdzasz, że nigdy tego nie robiłeś. A prawda brzmi „tak, ukrywałem, ale dojrzałem do tego, by je w pewnym momencie odkryć”, a nie „nigdy ich nie ukrywałem”. Masz prawie sześćdziesiątkę na karku, nie widzisz różnicy pomiędzy tymi dwoma stwierdzeniami? P.S.: czy ja już zostałam jedyną czytelniczką tego bloga? Gdzie są te zachwycone czytelniczki sprzed lat?
OdpowiedzUsuńA skoro wyszło mi osiem komentarzy, to nie zaszkodzi wpisać dziewiąty. Jestem przekonana, że nadal dysponujesz wersjami swojego bloga sprzed lat, choć już ich, jak to robiłeś kiedyś, do aktualnego nie podpinasz. Możesz więc z jednej strony zerknąć na swoją metamorfozę i spojrzeć na siebie samego z czasu tych pierwszych wpisów. Były cyniczne, były prześmiewcze, były manipulacyjne, w otwarty sposób wyrażałeś bardzo kontrowersyjne poglądy i jedynie te osoby, które ci przyklaskiwały w komentarzach, zaliczałeś do grona uprawnionego do komentowania, tych swoich, jak to nazywałeś „szczerysowatych”. No to gratuluję poczucia wspólnoty tym, których w tamtym czasie bawiła twoja postawa. A od jakiegoś czasu przedstawiasz się wyłącznie jako człowiek skłonny do dialogu. A ja odnoszę wrażenie, że nie. Że dla ciebie dialog to bez zmian nadal wyłącznie potrzeba przytakiwania, tyle że dzisiaj to przytakiwanie byłoby już w moim odczuciu rozsądne. Tak, zgadza się, zamiast snuć domysły z jednej strony, a po drugiej rechotać anonimowo w necie ze snującego, że błądzi i z rozbawieniem się temu błądzeniu przyglądać razem z „latającymi małpami”, bo nikim innym niż latające małpy byli ci pochlebcy, których twoje manipulacje nie raziły, należy rozmawiać. Zadawać pytania i udzielać na nie szczerych odpowiedzi. Tylko uderz się we własne piersi - faktycznie jesteś gotów rozmawiać i udzielać szczerych odpowiedzi dotyczących samego siebie w przeszłości? Czy może zadowalasz się nadal wyłącznie ładnie brzmiącym wyrażaniem swoich skorygowanych poglądów w necie, a od tamtego siebie po prostu swoim zwyczajem się odcinasz? Ja, w przeciwieństwie do tych latających małp, uważnie czytałam twoje wpisy i bywałam wobec twoich poglądów otwarcie krytyczna, a nie rozbawiona nimi. Bo mam swój prywatny powód, o którym już wspominałam. Inni szukali tu wyłącznie rozrywki, w tym rozrywki kosztem innych. I ty im taką rozrywkę latami zapewniałeś.
OdpowiedzUsuńNo dobra, to dobiję do dychy i coś dodam. Od jakiegoś czasu nie. Gdybym twojego bloga odkryła jakiś rok temu, kiedy narracja już była zmieniona i kiedy nie było już pod niego podpiętego tego starego bloga, przeszłabym obok niego zupełnie obojętnie. Bo nie kojarzyłabym go z nikim ani z nikim. Obojętnie, tak jak przechodziłam już wtedy obok innych blogów, które mi się z nikim i z niczym nie kojarzą, a blogowanie stało się passe. Ale ja trafiłam na twojego bloga w takim momencie, w którym pod twojego bloga był podpięty stary, a na obydwu były wpisy z takimi samymi datami, różniące się treścią. Te treści zapisywane na starym blogu były pisane na żywo, te na nowym przefiltrowane upływem czasu i spojrzenia na te same wydarzenia. Wartość autentyczną miał więc w owym czasie ten stary blog, a ten prowadzony na bieżąco miał ją o tyle, że można było sobie poobserwować, jak na przestrzeni czasu ewoluowały twoje emocje. I dziwnym, do dziś niewyjaśnionym dla mnie trafem, zapiski na tym starym blogu były chronologicznie (co się na żadnym, absolutnie żadnym innym blogu pośród istniejącej w tamtym okresie masy innych blogów) pokrywały się z wydarzeniami z mojego życia. Tworzyły taką chronologiczne zgodną z moim życiem drugą stroną lustra. Nie zgadzał się do końca wiek piszącego (różnica o rok), nie zgadzały się detale dotyczące wykształcenia czy miejsca zamieszkania i jego wyglądu, ale cała reszta, data w datę tworzyła tę drugą stronę lustra. Czytając, czułam się jak Alicja, która przeszła na tę drugą stronę lustra i wędruje po jej zakamarkach, które okazały się mroczne, przykre, pełne ironii i szyderstwa, pozwalając mi jednocześnie cegła po cegle burzyć własne wyobrażenia o relacji z twoim sobowtórem. I tak burzyłam je latami, do ostatniej cegły. Wtedy wciąż byłam otwarta na dialog i zadawanie pytań, pełna jednocześnie nadziei na otrzymanie szczerych odpowiedzi. Jeśli nie od tamtego człowieka, to tu, od jego sobowtóra. Ale trafiałam tam na ścianę milczenia, a tu na szyderę, blokadę i latające małpy. Jak wyjaśnić tę chronologiczną zbieżność? Do dzisiaj nie mam pojęcia i raczej nie spodziewam się znalezienia odpowiedzi. Na pewno nie znajdę jej na tym dziś już deklaratywnie skłonnym do dialogu blogu, bo gdyby faktycznie istniał jakiś związek między tobą a tamtym człowiekiem, to tamten człowiek musiałby także chronologicznie stać się na dialog otwarty, a nic takiego się nie wydarzyło. Natomiast moje wkurzenie na twoim blogu nie dotyczy już dzisiaj tamtego człowieka, nie projektuję na ciebie mojej złości na niego, złoszczę się na ciebie, pod silnym wrażeniem, że w obliczu dawnych zapisów nadal udajesz kogoś, kim nie jesteś.
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarze, z pominięciem tych z obelgami. Moja odpowiedź będzie opublikowana 7 października 2026 r. jako wpis na blogu pt. "Polowanie, nękanie, zwalczanie", który napisałem jeszcze zanim przeczytałem Twoje komentarze.
OdpowiedzUsuńSuper, dziękuję
Usuń