Strachliwy cierpi na strach przed nazwaniem rzeczy po
imieniu. Ciągle znajduje powody, by rzeczy ważnych, problemowych i trudnych nie
nazywać wprost takimi, jakimi są. Za wiele kombinuje i w związku z tym przekombinowuje.
Myśli sobie, że gdy nie wypowie na głos tego, co się dzieje, to nie będzie
problemu lub ten sam zniknie, rozpłynie się w nicości. A tak to nie działa.
Zwykle ten jakoby strachliwy człowiek wcale za takiego nie
uchodzi, ale potrafi się zaciąć lub zafiksować na przykład na jakimś jednym
temacie, choćby tak ważnym, jak zagrażająca życiu choroba. Lawirują i krążą
gdzieś wokół niczego. Zmieniają temat i stosują różne uniki, a otoczenie – to
bliższe i dalsze – nie jest w stanie domyślić się o co chodzi. Ucieczka od
odpowiedzi na zadawane pytania niczego nie ułatwia. Sprawy, nawet te niewielkie,
proste i w zasadzie od ręki do załatwienia, zaczynają urastać do dużych rozmiarów,
ponieważ pojawia się brak zrozumienia.
Milczenie strachliwego nie przynosi żadnych podpowiedzi
dotyczących właściwych interpretacji postępowania. Pomiędzy dwojgiem ludzi
pojawia się zupełnie niepotrzebny mur trudny lub wręcz niemożliwy do przeskoczenia.
Tak powstaje coraz większy dystans, a potem może nawet złość chcącego pomóc, wynikającą
z obojętności i odstawienia. Czy przestał być godny, by uczestniczyć w życiu
strachliwego, w jego wzlotach i upadkach, dobrych i złych chwilach?
Na
takim zachowaniu wszyscy tracą. Nie ma komunikacji, możliwości dogadania się i
porozumienia. Zachodzi akcja, na którą brak reakcji. Może to ma być ucieczką
strachliwego przed samym sobą i innymi ludźmi, którzy w takiej sytuacji chcą być
z nim? Może mógłby on, czego nie chce, ulec jakimś namowom?
Ta cała sytuacja jest jak wyłączenie światła w pokoju przez strachliwego, który wychodzi i pozostawia w ciemnościach tego, kto w pokoju zostaje. Kto jest w stanie zrozumieć po co to robi, no i co w tym chodzi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz